Siedzimy z Bogdanem na pożyczonym crashpadzie od chłopaków z The cyfra trip, regenerując się kolejnym łykiem dobrze schłodzonego napoju izotonicznego, znanego w całej Hiszpanii pod nazwą Ambar. Co jakiś czas przychodzą wycieczki „turystów” próbujących odnaleźć fakera, na którym rozgrzewał się Andrada w jakiejś znanej produkcji filmowej z cyklu „Dosyć 7″. W spokoju obserwujemy poczynania grupki ludzi szukających jednopalcowej dziurki w dachu. Jednej ekipie się udaje, innej już nie, zależy od dnia. Po sukcesie, każdy po kolei podchodzi do faka, by przekonać się o jego wielkości, kiwając przy tym z uznaniem głową. Z mimiki ich twarzy domyślamy się, że musi być zajebiście mały i jedynie Andrada jest chyba w stanie z niego zadać. Po całym obrządku i zmacaniu dziury przez wszystkich zawodników, ekipa oddala się w nieznanym kierunku. Znów zostajemy sami, pociągając kolejne łyki z litrowej butelki, aż do przybycia kolejnej wycieczki. Gaduła mówi, że tak jest codziennie, a siedzi już tu prawie 2 miesiące. Rzeczywiście w kolejnych dniach nic się nie zmienia.
To jeden z kilku obrazków, które będę pamiętał po powrocie z tegorocznego wyjazdu do Rodellar.
Kolejny to ludzie wracający z wielkich 40 metrowych ścian Surgencii czy Gran Bovedy patrzących się z politowaniem na naszą grupkę walczącą z 8 metrową skałką. Pewnie w ich głowach jawiło się pytanie, co oni tu robią skoro dookoła jest tyle wielkich i pięknych ścian??? Jeszcze rok temu też podchodziłem ścieżka do wioski i na widok kolesi wspinających się w Ali Babie wołałem do Basi: Patrz! jacyś idioci znów siedzą w tej ciemnej norze!!!
Pozory jednak często mylą, nie opakowanie swiadczy o jakości produktu lecz jego zawartość. Tak jest w przypadku Ali baby, z zewnatrz wydaje się nic nie wartym kawałkiem skały, a w rzeczywistości kryje bardzo duży potencjał. Przez cały okres 2,5 tygodnia tylko jednego popołudnia wspinałem się w innym miejscu. Mała grotka wraz ze swoimi przechwytami pochłonęła mnie bez końca i już planuje przyszłoroczny wyjazd, tak by móc się w niej znowu ponapinać.
Niezwykłość tego miejsca polega na odmienności charakteru przechwytów w stosunku do innych sektorów. Do tej pory miałem wrażenie, że Rodellar to głównie tępę wspinanie, polegajace na doginaniu naprzemianstronnie rękami po klamach. Nora jest zaprzeczeniem takiego stylu. Formacją wiodącą jest dach i bardzo duże przewieszenie ale tutaj nie da się przejść dróg wykorzystując tylko siłę swoich rąk. Mała ilość klamek nachwytowych powoduje wiele przekładek nóg i schaczeń palców by móc utrzymać się przy skale, a w konsekwencji przemieszczać się pomiędzy chwytami. Z punktu widzenia estetyki i jakości samego ruchu jest to zdecydowanie najbardziej techniczny i trikowy kawałek skały w Rodellar.
Miłośnicy cyferek muszą uzbroić się w cierpliwość. O przebytych drogach i ich wycenach opowiem w kolejnym tygodniku pt. „Wspinaj z duderem”
Na dniach ukaże się także galeria z wyjazdu, przygotowana przez redaktora z zaprzyjaźnionego serwisu wspinaczkowego





