Są takie chwile w roku kiedy wszystko układa się znakomicie.Każda rzecz której się człowiek podejmie udaje się zrealizować bez żadnego potknięcia. Wszystkie bieżące sprawy układają się w logiczną całość.Z pewnością ostatni tydzień był dla mnie takim okresem…
Zaczęło się początkiem listopada.Wtedy wraz z krakowskimi ziomkami jedziemy do Ospu na tydzień czasu. Lista dróg które chciałem pokonać na tym wyjeździe została zawężona do jednej pozycji. Niby cel jasny i klarowny bo przecież próbowałem już się wspinać po niej niecałe pół roku temu, a wiadomo, że we wspinaniu odwrotnie jak w życiu, odgrzewany kotlet smakuje najlepiej. Jednak będąc na miejscu jakoś nie czuje się przekonany o powodzeniu tego całego przedsięwzięcia. Zamiast od pierwszych dni napierać zdeterminowany na drogę, niepotrzebnie zaczynam się czaić i wątpić w sukces. W efekcie, gdy przekonałem sie, że droga jest do zrobienia i kolejne próby zaczęły wypadać sensownie trzeba było pakować zabawki i wracać do kraju i czekających tam obowiązków…
Ponowny powrot w niedalekiej przyszłości pod Misja Pec wydawał się jakimś szaleństwem, niemożliwym do zrealizowania! Jednak jak pisałem we wstępie, czasem układa sie wszystko lepiej, niż moglibyśmy to sobie wyobrazić. Pojawia się mozliwość wyjazdu do Ospu, czasu może nie za dużo bo tylko 2 dni, więc co? Krótka piłka…
Siąpiący deszcz na podejściu nie może zmącić mojego podekscytowania. Robi to dopiero podgląd na droge,a zwłaszcza jej końcówkę po której spływa sciana wody. Mimo iż przyjechałem na dwa dni, na drogę której końcówka jest kompletnie mokra byłem zupełnie spokojny i zupełnie na zaistniałą sytuację obojętny, co jak na mój charakter mocno mnie zdziwiło. Pierwsza próba to przehaczenie i przypomnienie sobie przez ciało układu przechwytów. W kieszeni rolka papieru i zaczynamy suszenie góry.Okazuje się, że mimo mokrych chwytów da się jakoś posklejać ruchy. Zjazd, 30 minut odpoczynku i napieramy! Pierwsze przechwyty to długie i siłowe pociągnięcia po dobrych klamkach. Po nich pseudo-rest na zebranie myśli i kluczowa 15 ruchowa bulderowa sekwencja, zaczynająca się od miejsca w którym urwałem największy chwyt na drodze podczas majowego wypadu. Większość prób kończyła się lotem pod koniec tej sekwencji lub nieco niżej. Tym razem idzie mi sie znakomicie mimo, iż głośno sapie i porykuje na co trudniejszych przechwytach. Dochodzę do kolejnego resta, mam świadomość zrobienia najtrudniejszej sekwencji na drodze. Przede mną jeszcze wytrzymałościowy odcinek z feralną mokrą końcówką. Jedyne co może mnie w tym momencie zrzucić to wyślizgniecie się palców z wilgotnych chwytów. Nic takiego nie miało miejsca i wpinam się do ostatniego ekspresa ciesząc się jak dziecko.
Lepszego scenariusza nie mogłem sobie wymarzyć. Śmiało i z bananem na gębie można wracać do codziennych spraw…
pozdrawiam









